Recenzja #493 Ruination

„War…war never changes…” – tymi słowami mogłaby się zaczynać jeszcze jedna oprócz Fallouta gra. Przed Wami Ruination czyli kurz, piach, wybuchy, potyczki i wojna o to, aby to właśnie Wasza horda została dostrzeżona przez nieśmiertelnego Khana!


Informacje o grze

Autor gry Ruination: Travis R. Chance

Wydawnictwo: Kollosal Games

Liczba graczy: 2-4

Czas gry: 60-120 minut

Wiek: 14+



Świat przestał istnieć tak dawno, że nikt nie pamięta, jak się nazywał. O ile miejsca na tych bezkresnych pustyniach jest pod dostatkiem, o tyle problemem pozostaje dostęp do wartościowych zasobów. A któż może mieć ich więcej od nieśmiertelnego Khana? Przy czyim boku najlepiej walczyć i czy taka dobra posadka nie jest marzeniem każdego wodza? Stańcie na czele Waszej własnej hordy i pokażcie, do kogo należą bezdroża!


Recenzja Ruination

Ruination od samego początku zachwyca grafiką. Ilustracje mają kreskę podobną do tej z komputerowej serii Borderlands. Innymi słowy wyglądają, jakby były wyjęte wprost z komiksu. Oprócz tego, że każda nacja ma swoje własne, inne od pozostałych figurki, mamy jeszcze ogrom wygnańców, czyli postaci, które będziemy zdobywać podczas gry. I tutaj największe i najprzyjemniejsze zaskoczenie ever – nie ma dwóch takich samych. Wszystkie są unikatowe. Także szykujcie się na to, że od razu po pierwszym otwarciu pudełka będziecie przeglądać je wszystkie w poszukiwaniu ulubionej. Osobiście, jestem tym zachwycony! Na minus zasługują planszetki, które są stosunkowo cienkie. Nie są grubymi tekturkami, ale być może jest to kwestia pudełka – jest ono pełne figurek. Na tyle pełne, że zanim wyjmiecie żetony z wyprasek, to możecie mieć problem z domknięciem pudełka.

Jeśli chodzi o zasady, to twórca (Travis R. Chance) przygotował dla nas coś zadziwiająco łatwego i satysfakcjonującego. W swoim ruchu wybieramy jedną z trzech opcji: zbieranie zasobów, ruch, rekrutacja. Każdej opcji towarzyszy karta, którą będziemy dobierać i w wybranej przez siebie kolejności łączyć z powiązaną akcją. I tyle! Oczywiście, kiedy spotkacie się na jednym polu z obcymi figurkami to nie po to, żeby wymieniać się ekwipunkiem i w tym momencie, cały na biało, pojawia się kolejny mega dobry aspekt Ruination – walka.

Chyba nie spodziewaliście się, że Khana zadowoli pokaz mody?

Walka wygląda w ten sposób, że porównujemy siłę naszych oddziałów. Siłę możemy modyfikować na różne sposoby: każdy symbol pięści to dla nas dodatkowa siła, każda kość oznacza rzut i aktywację zdolności, którą mieliśmy możliwość sobie ulepszyć o jakiś dodatkowy efekt. Poza tym, co najważniejsze – jest też czaszka, która raczej nikomu zbyt dobrze się nie kojarzy (A już tym bardziej, kiedy stoimy na czele hordy w świecie postapo). Czaszka to zabicie jednej figurki przeciwnika. Nieważne czy wygracie czy nie, po prostu mogą Was zabić, ale sami też przejdą na tamten świat. W ten sposób może się zdarzyć, że pojedyncza, „przypakowana” wzmocnieniami figurka, może zdezaktywować oddział przeciwnika.

Warto jeszcze wspomnieć o fortach, które dodają rozgrywce drugiego dna. Zaczynamy w takiej sytuacji, że na środku planszy jest najwięcej fortów. Istnieje jednak kilka sposobów na budowanie ich w innych lokalizacjach. Szybko się może okazać, że bardziej wartościowe miejsce powstało u Waszego przemiłego sąsiada (chociaż może to, co trzyma w rękach to jednak miotacz ognia?)

Akcje są naprawdę łatwe do zapamiętania, więc nie będziecie mieć problemów z wprowadzaniem w rozgrywkę nowych graczy. Dodatkowo sama instrukcja jest napisana na tyle składnie, że było tylko kilka momentów, kiedy musieliśmy po nią sięgać podczas rozgrywki. Dodatkowo to, co ważne zostało wyniesione na planszetki nacji np. informacja o wartościach poszczególnych jednostek.

Dzięki temu wszystkiemu jak możecie się domyślić, rozgrywka nie cierpi na zbyt długi downtime. Płynnie przechodzicie przez kolejne tury i mniej więcej po półtorej godziny można spokojnie odejść obrażonym od stołu lub podać sobie rękę przy podliczaniu punktów, które swoją drogą jest bardzo szybkie.

Klimat w Ruination to istna wisienka na torcie!

Klimat w grze jest wszechobecny. Jeżeli tak jak ja, jesteście fanami Mad Maxa, będziecie na pewno bardzo pozytywnie zaskoczeni. Walki dawno nie były takie lekkie w odbiorze, krew się leje na każdym polu. Łącznie z tym, że na koniec gry może się okazać, że Wasza główna baza przeniosła się w ogóle w zupełne inne miejsce na planszy a forty, o które trzeba walczyć, żeby zdobyć na końcu zastrzyk punktów są teraz pod opieką kogoś innego.

Do aspektów, które dla niektórych przekreślą ten tytuł a dla innych wręcz przeciwnie, trzeba zaliczyć losowość. O ile podczas walki możemy przygotować się na pewne okoliczności np. zbierając tokeny, które umożliwią nam przerzucenie wybranej liczby kości, pojawia się jeszcze kwestia kart. Tych samych, których używamy do wykonywania akcji na początku każdej tury. Otóż, dwie sprawy:

  • Wybierając akcję, odkrywamy kartę. Może się okazać, że karta, którą odkryjemy, była kiedyś naszym marzeniem. W tym momencie jest szansa, że pozostanie nim do końca rozgrywki.
  • Niektóre karty są „zabawne dla nas – smutne dla przeciwników” – przykładowo, widzicie że ktoś, jak pisałem na początku – przeglądał sobie przed rozgrywką pudełko i szukał ulubionego wygnańca. Wygnaniec w końcu pojawił się w grze, tylko że trzeba go było kupić. Wasz przeciwnik w końcu zdobył go za ciężko zarobione surowce i wchodzicie teraz ze swoją zabawną kartą, która sprawia, że go zabijacie za free.

Domyślam się, że dla osób, które nie lubią losowości, lub zastanawiają się czy w tym przypadku nie jest zbyt ostra, może to zabrzmieć strasznie. Ale taka jest ta gra. Raz to wy się śmiejecie, a innym razem śmieją się z Was. Całe szczęście odbudować można się równie szybko!

Wielu graczy twierdzi, że Scythe, pomimo że jest dobrą grą, nie koncentruje się na ataku. Mamy przecież wspaniałe mechy, ale główny trzon rozgrywki stanowi ekonomia. Tymczasem Ruination wydaje się wyciągać nas w podobnym kierunku, tylko proporcje są odwrócone. Zamiast rozbudowanego zarządzania zasobami, jesteśmy nastawieni na sprawianie sobie wzajemnie oklepu. Prawda, że brzmi dobrze?


Podsumowanie

Ruination szybko zdobył nasze serca. Mam wrażenie, że wiele gier typu area control prześciga się zawiłymi i strategicznymi mechanikami, a przecież skomplikowanie nie idzie często w parze z funem jaki daje rozgrywka. Tak jest i tym razem. Jeżeli jesteście fanami ucierania sobie nosa i nie macie nic przeciw temu, że ktoś wskoczy raz na jakiś czas do Waszej bazy, zniszczy wszystko i zacznie po tym skakać, to ta gra jest zdecydowanie dla Was! Polecam!


Mocne Strony:

  • walka,
  • klimat,
  • losowość,
  • zabawa,
  • przejrzystość rozgrywki,

Słabe Strony:

  • trochę cienkie planszetki,
  • dla niektórych losowość może być zbyt duża,

Przydatne linki:

Link do strony wydawnictwa

Profil gry w serwisie Board Game Geek


Jeśli chcesz być na bieżąco i podoba Ci się nasz serwis, to zachęcamy do polubienia nas na facebooku.


Grę do recenzji przekazało wydawnictwo Kolossal Games. Bardzo dziękujemy!

1 thought on “Recenzja #493 Ruination”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.