Recenzja #210 Blackout: Hongkong

„Ciemność widzę, widzę ciemność”, ten cytat to pierwsze co przychodziło mi do głowy, gdy pomyślałem o Blackout Hongkong. To zdecydowanie jeden z oryginalniejszych tematów, z jakimi spotkałem się w planszówkach. Gdyby nie autor, który wiele razy udowodnił już swój kunszt, to zapewne przeszedłbym obojętnie obok tej gry.


Informacje o grze

Autor gry: Alexander Pfister

Ilustracje: Chris Quilliams

Wydawnictwo: Lacerta

Liczba graczy: 1-4

Czas gry: 75-150 Minut

Wiek: 14+

Mechaniki w grze: Area Control / Area Influence, Card Drafting, Deck / Pool Building, Dice Rolling, Hand Management, Rondel, Route/Network Building


Zasady i wykonanie

Nie ocenia się książki po okładce powiecie, jednak niech pierwszy rzuci kamień ten, kto nigdy tego nie zrobił. Gdy pierwszy raz usłyszałem o grze, zaintrygował mnie temat, ale po głębszym zastanowieniu raczej nie sądziłem, że wyjdzie z tego coś ciekawego, szczególnie że grafika jakoś mnie nie urzekła. Pan Pfister jest jednak autorem, który ma u mnie duży kredyt zaufania i jego gry zawsze będę chciał sprawdzić.

Tak o to jestem ze standardowym pudełkiem w dłoni. Grafika nadal do mnie nie trafia, choć jest czytelna i zdecydowanie lepsza od tego, co zobaczyłem na dostępnych w internecie zdjęciach. Pod tym względem brawa dla Lacerty, która widząc problem, bardzo dobrze go rozwiązała. Nie zmienia to faktu, że patrząc na rozłożoną grę na stole, raczej nie poświęcimy chwili, aby popatrzeć i pomyśleć, jaka ona ładna. Z drugiej strony nikogo nie powinna odstraszyć. Po prostu jest.

Wykonanie jest na szczęście dokładnie takie, do jakiego przyzwyczaiło nas wydawnictwo, a więc bardzo solidne. Mamy tutaj nieco tekturowych elementów, karty, plansze i planszetki graczy oraz drewniane znaczniki. Całkiem sporo. Zapewne byłoby tego więcej, gdyby nie sprytny pomysł z zaznaczaniem posiadanych surowców na planszy głównej, ale o tym dalej. Wszystko jest odpowiednio grube i daje nadzieję na długie wspólne życie.

Skoro gra nie powala wyglądem, to zapewne nadrabia mechaniką. Oczywiście macie rację! Zasad jest całkiem sporo i podczas pierwszej rozgrywki raczej sięgniecie do instrukcji kilka razy bądź też po zakończonej partii zauważycie, że chyba nie graliście do końca poprawnie. Następne podejście powinno być już dużo lepsze.

Liczba rund będzie zmienna, zależna od szybkości uszczuplania się talii zadań. W zależności od liczby graczy pula ta jest mniejsza lub większa, a co za tym idzie, czas partii powinien być zbliżony. W rundzie wyszczególniono 8 faz, które każdy z graczy ma zaznaczone na swojej planszetce. Powiedziałbym, że projekt ten sprawdził się w 100% i zdecydowanie ułatwia rozgrywkę.

Na początku pierwszy gracz wykona rzut kośćmi surowców. Występują one w trzech kolorach odpowiadających kartom ochotników. W ten sposób dowiemy się, co może udać nam się zebrać w ogarniętym chaosem mieście. Pamiętajcie, że każdy z wyrzuconych symboli musi być inny! Później przejdziemy do planowania naszych akcji. W tym celu wybieramy kartę z ręki i kładziemy ją zakrytą w jednej z trzech kolumn. Czynność możemy powtórzyć maksymalnie tyle razy, ile kolumn posiadamy.

W kolejnej fazie każdy z graczy wykona akcje przypisane do wcześniej zagranych kart. W ten sposób pozyskamy zasoby przy pomocy ochotników, których wydajność jest różna. Możemy też wysłać w bój specjalistów o bardziej zaawansowanych możliwościach. Dzięki nim dokonamy np. przeróżnych wymian surowców na pieniądze, punkty, czy inne elementy. Opcji jest naprawdę wiele, a część z zaawansowanej kadry potrafi wykonać dwie czynności jednocześnie!

Gdy już zgromadzimy zasoby, przyjdzie czas na ich wykorzystanie. Dzięki nim wykonamy zadania znajdujące się na nowych kartach ochotników oraz planach naprawczych. Część celów może wymagać uzbierania odpowiednich kart w kolumnach, połączenia dwóch punktów na mapie, lub zebrania odpowiednich żetonów zwiadu. Kiedy spełnicie wymagania, otrzymacie nagrodę. W przypadku ochotników będzie to możliwość korzystania z ich usług, za wykonane plany naprawcze otrzymamy za to pieniądze i punkty zwycięstwa.

Dodatkowo każde wypełnione zadanie pozwala na postawienie jednego punktu kontrolnego na mapie. Pan Pfister podzielił Hongkong na kilka dzielnic, różnią się one wielkością, a co za tym idzie również liczbą miejsc przeznaczonych na nasze przyczółki wzdłuż ich granic. W momencie, gdy jednemu graczowi uda się zbudować swoje stanowiska na każdym z nich, dzielnicę uznaje się za zamkniętą. Umieszcza on w niej swój posterunek, odblokowując tym samym jedną z darmowych akcji podczas dobierania. Wszyscy gracze, którzy mają tam swoje posterunki, otrzymują natomiast gratyfikację punktową według tabeli umieszczonej na planszy.

Następnie przejdziemy do zwiadu, podczas którego wyślemy ekipę naszych ochotników do przeszukiwania jednej z dzielnic. Fizycznie podglądamy znajdujące się tam 3 żetony, a następnie decydujemy, czy któryś z nich będziemy chcieli pozyskać. Potrzebujemy do tego odpowiedniej liczby symboli patroli na naszych kartach. Jeśli poszukiwania były udane, jeden z naszych ochotników trafi do szpitala, aby podreperować swoje zdrowie. Żetony mogą przynieść nam dodatkowe zasoby, pieniądze i punkty zwycięstwa. Na koniec gry otrzymamy także bonus za różnorodność naszych znalezisk. Warto więc inwestować w poszukiwanie różnych rzeczy.

W następnych etapach będziemy mieli możliwość zakupu nowych zadań z rynku, wymienimy pozostałą wodę oraz jedzenie na pieniądze, aż w końcu będziemy mieli możliwość dobrania kart. Ten prosty element okazuje się niezwykle interesujący w Blackout. Wyjściowo, gdy mamy na ręce od 0 do 4 kart, możemy zdecydować się na zebranie ze stołu kolumny, w której mamy największą liczbę kart. Warto więc świadomie rozmieszczać karty w początkowych fazach rund, aby kontrolować to, kiedy do nas wrócą. Dodatkowo w tym momencie uruchomimy wszelkie akcje dodatkowe, które zyskaliśmy na kartach zadań bądź też odblokowaliśmy na planszy gracza.

Czas gry odmierza, modyfikowalna w zależności od liczby graczy, talia nowych kart zadań. Do punktów zdobytych podczas gry dodajemy wartości naszych kart oraz premie za różnorodność żetonów zwiadu. Wymienimy też pozostałą gotówkę w stosunku 5:1.

Na koniec pamiętajcie, aby przed pierwszą rozgrywką zapoznać się z erratą dostępną tutaj. Na kilku kartach pojawiły się błędy, które na szczęście szybko wykryto, prezentując jednocześnie pomoc i sprostowanie dla graczy.


Rozgrywka

Po tym przydługim opisie możecie stwierdzić, że ta gra to nie bułka z masłem. Faktycznie tak jest, choć z drugiej strony opanowanie zasad nie zabierze Wam aż tyle czasu. Nie da się jednak ukryć, że wprowadzanie do gry nowych osób jest dość pracochłonne. Na pewno nie wszystko będzie dla nich jasne od pierwszego ruchu, ale główne mechanizmy powinny dość szybko wejść w krew.

W samej rozgrywce obawiałem się o dynamikę. Na szczęście po kilku partiach okazało się, że nie jest tak źle. Część faz możecie wykonywać jednocześnie, a najbardziej ograniczać Was będzie podejmowanie decyzji. Tych jest całe mnóstwo, wszystko ma znaczenie i błędy mogą prowadzić do kłopotów. Mimo to dzięki sporej liczbie możliwości, które przyniosą Wam punkty, nie odczujecie aż tak dużej presji. Faktem pozostanie jednak podatność na paraliż decyzyjny. Jestem myślicielem i przy tej grze nie raz zdarzyło mi się przesadzić. Co prawda nie jest tak źle, jak w Mombasie, ale nadal nie wszyscy z Was chcieliby tego doświadczyć.

Jak się zapewne domyślacie, skalowanie zostało utrzymane na dobrym poziomie. Odczujecie zapewne różnice w ścisku na mapie czy szybkości uciekających kart z rynku, ale wrażenia z rozgrywki są niemal identyczne. Dzieje się tak również za sprawą minimalnej ilości interakcji. Sprowadza się ona do szybszego kupowania kart, czy prób zdobycia jak największej liczby punktów, w momencie zamykania dzielnicy przez innego gracza. To naprawdę niewiele. Czy mi to przeszkadza? Absolutnie nie!

Gra zapewnia nam mnóstwo świetnej zabawy, angażując do działania każdy skrawek mózgu. Wszystko dlatego, że nie wiele możemy zrzucić tu na barki szczęścia. Oczywiście rzucamy kostkami zasobów, w przypadkowy sposób uzupełniamy karty rynku, jednak pierwszy problem możemy obejść wykorzystując żetony transportu, a drugi cóż, nie jest bardzo dokuczliwych.

Przeszkadzać może jedynie grafika. Oczywiście nie każda gra musi być dziełem sztuki, aczkolwiek w tym aspekcie wydawcy mocno nas ostatnio rozpieszczają. Tym razem wracamy do korzeni. Na szczęście solidność poprawia nieco wrażenia wizualno-dotykowe.

Warto wspomnieć o systemie oznaczania zasobów. Dla mnie było to pierwsze spotkanie z takim rozwiązaniem. Otóż na planszy głównej narysowano „rondel” z wydzielonym miejscem, symbolizującym poszczególne surowce. W momencie zdobycia jednego z nich gracze zaznaczają ten fakt, kładąc swój sześcienny znacznik na odpowiadającym mu polu. Te same kostki będą służyły Wam do oznaczenia własnych punktów kontrolnych na mapie, o czym pisałem wcześniej. To bardzo prosty i skuteczny zabieg, pozwalający na redukcję liczby elementów i zaoszczędzenie czasu podczas przygotowania rozgrywki.

Ostatnim, o czym powinienem Wam wspomnieć, jest klimat, którego zdecydowanie zabrakło. Oczywiście jego obecność nie jest standardem w grach euro, aczkolwiek dużo bardziej czułem się ranczerem na dzikim zachodzie niż cywilami próbującymi opanować chaos w Hongkongu. Sytuacji nie poprawia tryb kampanii, w którym możecie rozegrać kilka partii z rzędu w nieco zmienionej konfiguracji niż gra standardowa. Nie zmienia to faktu, że opcja ta jest naprawdę ciekawa. Jeśli polubicie się z Blackoutem, na pewno z przyjemnością zagracie w tę wersję gry, aby sprawdzić się podczas długofalowej rozgrywki.


Podsumowanie

Blackout Hongkong to gra, która w żadnym stopniu mnie nie zawiodła. Dostajemy w ręce kawał solidnego i wymagającego euro, w którym wszystko świetnie ze sobą współgra! Aczkolwiek, zapewne ze względu na moje zauroczenie grami tego autora, liczyłem na nieco więcej. Great Western Trail, czy Mombasa pozostaną niezagrożone na naszych półkach. Nie zmienia to faktu, że z czystym sumieniem mogę polecić Blackout średnio-zaawansowanym graczom. Na pewno dostarczy Wam wielu godzin dobrej i wymagającej zabawy!


Mocne strony:

  • wymagająca rozgrywka,
  • wiele dobrze dopasowanych mechanik,
  • możliwość połączenia kilku partii w kampanię,
  • solidność wykonania,
  • proste zabiegi ułatwiające “obsługę” gry,
  • dobre skalowanie.

Słabe strony:

  • znikoma ilość interakcji,
  • słaba grafika,
  • drobne błędy na kilku kartach (errata tutaj),
  • nieodczuwalny klimat.

Przydatne linki:

Grę w najlepszej cenie kupisz tutaj

Link do strony wydawnictwa

Profil gry w serwisie Board Game Geek


Jeśli chcesz być na bieżąco i podoba Ci się nasz serwis, to zachęcamy do polubienia nas na facebooku.


Grę do recenzji przekazało wydawnictwo Fox Games. Bardzo dziękujemy!

WydawnictwoLacerta

2 thoughts on “Recenzja #210 Blackout: Hongkong”

  1. Po zdjęciach, jakie widzę – graficznie mi się podoba, ale pewnie sprawia inne wrażenie, gdy ma się ją w ręce. Nie wiem, czy skuszę się na ten tytuł.

    1. Pamiętajmy, że to kwestia gustu 🙂 Jeśli podoba Ci się to co widzisz na zdjęciach, to jest duża doza prawdopodobieństwa, że będzie tak i w rzeczywistości. Myślę, że zdjęcia nie wiele przekłamują w tym przypadku.

Leave a Reply