Recenzja #365 Cthulhu: Death May Die

Death May Die, a przynajmniej tak nam mówili… W zakamarkach naszego umysłu rozgrywa się walka między tym, co realne, a tym, co nieuniknione i niewyobrażalne. Szaleńcy?!… Kim jesteś, aby nas tak nazywać? Ci Kultyści chcą przyzwać Przedwiecznego do naszego świata! Musimy walczyć w obronie tego, co znamy, ale… może by tak spalić to wszystko? Poczekaj wędrowcze, nie bój się! Opowiem Ci historię, o jakiej nawet nie śniłeś…


Informacje o grze Cthulhu: Death May Die

Autor gry: Rob Daviau, Eric M. Lang

Ilustracje: Nicolas Fructus, Karl Kopinski, Edgar Skomorowski, Adrian Smith, Richard Wright

Wydawnictwo: CMON, Portal Games

Liczba graczy: 1-5

Czas gry: 90–120 Min

Wiek: 14+

Mechaniki w grze: Action Points, Cooperative Game, Dice Rolling, Variable Player Powers


,,Kultyści i ich kolejny, głupi rytuał.
Będą wzywać Przedwiecznego,
by zniszczyć świat. Norma.
Ale my mamy w planie coś innego.
Przerwiemy ten ich rytualik.
Troszkę go popsujemy.
Gdy Wielki Przedwieczny pojawi się
w naszym świecie, będzie śmiertelny.
Tylko odrobinę, tylko przez moment.
A wtedy go zabijemy.
To nie będzie łatwe. Będzie trzeba działać razem.
Najpewniej przy tym zwariujemy. Trudno…
Jesteśmy napompowani szaleństwem.

Tytuły ze stajni CMON są znane chyba każdemu. Ogrom figurek świetnej jakości i pudła wypełnione elementami do gry. Wszystko dopracowane do perfekcji. Dodajmy do tego znane nazwisko Erica Langa i mamy przebój na skalę światową. Mnie jednak to nie wystarczy. Tytuł, który trafi na moją półkę, musi mieć duszę, która przyciąga i pochłania bez reszty. Szczególnie jeśli mówimy o przygodówkach. A przecież nic nie ma więcej klimatu niż bluźniercze opowiadania H.P. Lovecrafta, prawda? Bo chyba zgodzicie się ze mną, że miło w końcu poczuć się jak w domu. Wśród tych wszystkich szalonych myśli i poczucia, że nie jesteśmy w tym wszystkim sami… Znaleźć ludzi, którzy widzą świat takim jak my – z uchyloną zasłoną pozorów i przesyconego diaboliczną prawdą. I właśnie z tą wizją zasiadłam do stołu, by oddać się szaleństwu…

,,Nie jest umarłym ten, który może spoczywać wiekami
Nawet śmierć może umrzeć wraz z dziwnymi eonami.” H.P. Lovecraft, Zew Cthulhu


Przegląd elementów i zasad gry Cthulhu: Death May Die

Cthulhu: Death May Die przyszło do mnie niespodziewanie. Tak, jak na prawdziwe szaleństwo przystało. Nie znałam dnia ani godziny, kiedy to pudło zawładnęło moim umysłem i życiem, a w późniejszym czasie również wszystkich śmiałków, którzy zasiedli ze mną do stołu. W tym mrocznym wizerunku Przedwiecznego kryje się coś, co przyciąga. Niewyobrażalnie pochłania z każdą kolejną rozgrywką, czyniąc ten tytuł jedynym w najbliższych miesiącach. Wnętrze ma dopracowane i zawierające tajemnice, o jakich nawet nie przyszło Wam śnić! Ale spokojnie, Death May Die pozwoli Wam się wykazać i tym razem powstrzymać bluźniercze siły przed zniszczeniem świata. A przynajmniej w to powinniście wierzyć. Bo przecież nie raz już próbowaliście, prawda?

Wspólnymi siłami przeciw Przedwiecznemu…

Death May Die to kooperacja z krwi i kości. Jako grupa śmiałków musimy przerwać rytuał przygotowywany przez kultystów, aby osłabić nadchodzącego Przedwiecznego i ostatecznie go unicestwić. Wiemy, że spotkanie to jest nieuniknione, ale mamy chociaż chwilę, aby się przygotować. Strach na szczęście nie jest nam znany, w końcu już od samego początku towarzyszy nam słodkie szaleństwo. A czy widział ktoś szaleńca, który potrafi trzeźwo ocenić sytuację, w której się znajduję? Nie? Tak myślałam. I tak właśnie będą wyglądały nasze próby zwalczenia nadchodzącego horroru – ciężko i często bezskutecznie, ale za to jak!

,,- Lecz po cóż się trudzicie? Czyż nie po to, by żyć i zaznawać szczęścia? Jeśli trudzicie się tylko po to, by móc trudzić się jeszcze więcej, kiedyż osiągniecie szczęście? ” H.P. Lovecraft, Przyszła na Sarnath zagłada.

Szaleństwo jest zawsze po naszej stronie, gdy stawiamy czoła niewyobrażalnym potworom z innych wymiarów. Jako badacze rozpoczynamy grę z pewnym poziomem szaleństwa, a im bliżej jesteśmy całkowitego pozbycia się umysłu, tym potężniejsze stają się nasze umiejętności. Będzie to więc zarówno nasza siła, ale i przekleństwo. Bo czasami trzeba podjąć decyzję, czy życie jednego człowieka jest warte więcej, niż setki tych ocalałych. W swojej turze będziemy mieli do wyboru kilka akcji, które w pewnym stopniu będą pomagały nam osiągnąć cel. A przynajmniej powinny… Całość podzielona jest na cztery fazy, które przebiegają w sposób opisany poniżej.

Przebieg tury gracza, czyli jak Death May Die doprowadza do szaleństwa:

  • Wykonywanie Akcji
    • Na tym etapie możemy wykonać trzy akcje takie jak np. bieg o maksymalnie trzy pola, atak, odpoczynek w celu uleczenia zdrowia/stresu czy wymiana z graczami na naszym polu. Możemy je łączyć dowolnie, a nawet powtarzać kilukrotnie.
  • Dobieranie Kart Mitów
    • Z decku kart, który jest połączeniem kart z wybranego scenariusza oraz Przedwiecznego dobieramy jedną i rozpatrujemy jej efekt. Zwykle jest to poruszenie się wrogów czy przyzwanie nowych popleczników horroru. Możemy też otrzymywać rany, podpalać pomieszczenia czy mierzyć się z innymi, mało przyjemnymi efektami. Niektóre karty (znaczna większość!) zawierają symbol przywołania. Po uzbieraniu takich trzech tasujemy deck, a przedwieczny porusza się na swoim torze. Dzieje się to jednak dopiero na koniec tury. W powietrzu już czuć zgrozę, jaka zbliża się do bram tego świata…
  • Przeszukanie/Walka
    • Jeśli znajdujemy się w bezpiecznym miejscu, czyli takim bez wrogów, to możemy dobrać kartę odkryć i rozpatrzeć jej efekt. Często będą to swego rodzaju przedmioty lub towarzysze, którzy pomogą nam w walce z Przedwiecznym. Jeśli na naszym polu znajdują się potwory – co jest wysoce prawdopodobne – zaatakują nas, raniąc nie tylko nasze ciało, ale często też umysł. Czyż to nie doprowadza Was do szaleństwa?!
  • Koniec Tury
    • Moment, w którym rozpatrujemy wszelkie efekty związanego z końcem naszej tury. Będzie to między innymi wykonywanie rzutów za zebrane wcześniej żetony ognia, sprawdzenie, czy na stosie odrzuconych kart Mitów znajdują się trzy symbole przywołania i rozpatrzenie efektów związanych z postępem Przedwiecznego. Może on również zostać przywołany, jeśli spełnione zostały wymagane warunki.

,,Mówię raz jeszcze, nie wywołuj Niczego czego nie poskromisz;” H.P. Lovecraft, Kolor z przestworzy

Wszystko będzie toczyło się zgodnie z ruchem wskazówek zegara do momentu, aż któraś strona nie zwycięży. W skrócie więc naszą misją będzie powstrzymanie rytuału, aby możliwe było zabicie Przedwiecznego. Dokładne wymagania będą różniły się zależnie od wybranego scenariusza, ale również sam Przedwieczny wnosi ze sobą wiele zmian do całości. Jeśli jakimś cudem żaden z nas nie umrze lub nie oszaleje, to mamy szansę wykazać się w ostatecznym starciu. Nie myślcie jednak, że zadanie kilku obrażeń wystarczy. Starszy Bóg posiada aż cztery stadia, które kumulują się ze sobą. Reasumując – im bardziej chcecie go zabić, tym silniejszy wraca, a jego chęć zemsty poznacie na własnej szaleńczej skórze!

Cthulhu: Death May Die to przygoda, której nie da się zapomnieć. Walka z nieznanym i nieopisanym doprowadzi Was na krańce Waszego umysłu, gdzie czekać będzie już tylko szaleństwo. Żeby lepiej wyobrazić sobie Wasze zmagania, gra oferuje liczne karty okraszone klimatycznymi grafikami i figurki, które prezentują się pięknie. Mimo iż zasady są łatwe, to wiele prób przejdziecie, zanim uda Wam się osiągnąć cel. Musicie więc uzbroić się w cierpliwość i wykazać się nie tylko siłą, ale i strategicznym myśleniem. Jeśli chcecie przeżyć, trzeba działać wspólnie. Pamiętajcie, że zło nigdy nie śpi i czeka na Was tam w mroku, gdzie nie sięga Wasz wzrok…

,,Śmierć jest łaskawa, albowiem nie ma od niej odwrotu, jednakże ten, kto wraca z najgłębszych komnat nocy, strudzony i świadom, nigdy już nie zazna spokoju.” H.P. Lovecraft, Nienazwane


Recenzja

Chtulhu: Death May Die to nieskończona ilość zapierających dech w piersiach rozgrywek, a każda z nich inna i wyjątkowa. Spytacie dlaczego? Sześć różnych scenariuszy i dwóch przedwiecznych, których otrzymujemy w podstawowej wersji, pozwala na wstępie na dwanaście unikatowych set up’ów. Dodajcie do tego zróżnicowanie postaci i fakt, że same rzuty kośćmi czy dociąg kart za każdym razem będą się od siebie różniły i macie ręce pełne roboty. Gdy jakimś cudem nie stracicie do tej pory zdrowych zmysłów, to możecie sięgnąć po dodatki, które wydawca ma w ofercie. Jak to się mówi – Przedwiecznych nigdy za wiele, a taki Yog-Sothoth brzmi słodko, prawda? Wyobraźcie sobie te macki, które powoli uchylają pudełko…

Liczba graczy, których zaprosicie do tego szaleństwa, ma wpływ na rozgrywkę oczywiście. I tak np. zupełnie inaczej będzie wyglądała Wasza szansa na zwycięstwo w grupie 2-osobowej, a inaczej w czwórkę. Precyzując – im Was więcej, tym lepiej. Osobiście uważam, że nikt o zdrowych zmysłach nie powinien porywać się na Przedwiecznego sam albo we dwójkę, ale do odważnych świat należy. Albo przynajmniej do tych wytrwałych, bo szansa na wygraną drastycznie maleje. Zarówno siła Przedwiecznego, jak i typ dociąganych kart się nie zmieniają. Mamy więc ten sam poziom trudności, tylko zdziesiątkowane siły już na starcie. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, abyście testowali swoją cierpliwość w zakamarkach swego mieszkania solo, jeśli tylko macie ochotę. Ja po prostu lubię przeżywać ten horror z innymi. Grunt to się dzielić!

„Tuż obok nas istnieją czarne strefy cienia i od czasu do czasu jakiejś złej duszy udaje się przedostać z nich na nasze powszednie ścieżki. Gdy się tak dzieje, człowiek znający prawdę musi uderzyć, nie oglądając się na konsekwencje.“ —  Howard Phillips Lovecraft

Death May Die to przede wszystkim świetna kooperacja. Mówiąc to, mam na myśli soczystą, krwawą i wyciśniętą do bólu rozgrywkę. Taką, w której planujemy, dyskutujemy, krzyczymy i pełni emocji czekamy na wynik rzuconych kości. Jest to tutaj bardzo ważne, albowiem jak już wcześniej wspomniałam – Przedwieczny na solo to dość ciężkie wyzwanie. Pewnie po drodze spłoniecie, parę razy ze stresu obgryziecie paznokcie i w dodatku wrośnie Wam szaleństwo. Naprawdę myśleliście, że w takim stanie dacie radę sami zwalczyć nadchodzące zło? Jak więc widzicie, interakcja jest podstawą i działa głównie jako element gry nad stołem, choooociaż może ktoś podrzuci Wam butelkę whisky albo opatrzy Wasze rany. Tacy pomocni gracze podobno też się zdarzają…

Mechanizmy użyte w Cthuhu: Death May Die działają ze sobą bardzo dobrze. Unikatowe umiejętności postaci użyte mądrze pozwalają na naprawdę silne zagrania. Główne wskaźniki takie jak życie, stres czy szaleństwo cały czas będą wpływały na nasze decyzje, jak i losy całej grupy. Witalności mamy tylko pięć i uwierzcie mi – nie zostanie z Wami na długo. To samo tyczy się stresu – przerzuty kośćmi to rarytas, na jaki możecie sobie pozwolić już od początku, ale wszystko, co dobre szybko znika w otchłani szaleństwa. A jeśli o samym stanie umysłu mówimy… Boże, jak to jest dobrze rozegrane! Jak już wcześniej wspomniałam, im bardziej rośnie Wasz poziom poczytalności, tym silniejsze stają się Wasze zdolności, a i liczba rzucanych kości się zwiększa. Droga w którą łatwo brnąć w pogoni za siłą, ale pamiętajcie, by w porę się zatrzymać – na końcu czeka już tylko śmierć, wyciągająca dłoń po Waszą duszę.

,,Najskrajniejsza zgroza często poraża pamięć litościwym paraliżem.” H.P. Lovecraft, Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści

Instrukcja do tego szaleństwa napisana jest w sposób bardzo czytelny. Myślę, że 15 minut to maksimum czasu, jaki potrzebujecie, aby spokojnie zapoznać się z zasadami i co więcej – zrozumieć je! Całość zawiera wiele przykładów i obrazków, które z pewnością świetnie wprowadzają w tajemniczy i mroczny świat Lovecrafta. Zasady też są bardzo proste, dlatego mimo wagi samego pudełka nie powinny przysporzyć nikomu problemu. Możecie grać z dziećmi, rodziną, dziadkami czy innymi ludźmi, których chcecie zaciągnąć w macki Cthulhu. Tak, koty też się liczą, w końcu to tajemnicze stworzenia, które według Samego H.P. Lovecrafta są bliskie tym wszystkim istotom, które my, zwykli ludzie nie jesteśmy w stanie dojrzeć.

Nikogo nie zaskoczę, mówiąc, że wszystko tutaj wykonane jest bardzo porządnie od samych kart graczy po piękne, detaliczne figurki. Klimat złowieszczy unosi się w powietrzu gdy rozkładamy planszę, a kolejne potwory wkraczają do naszego świata! Tylko płytki mogłyby być trochę większe, bo nie raz wszystkie elementy nie mieszczą się po prostu na jednym polu. Główny motyw jest dobrze otrzymany i faktycznie możemy odnieść wrażenie, że staramy się powstrzymać przyjście Przedwiecznego. Jedno jednak musicie wiedzieć – ta gra to przede wszystkim bieganie i zabijanie w połączeniu z pogonią za celami misji. Nie ma tutaj przydługich historii na początku czy końcu scenariusza. Ot, zwykli szaleni badacze, którzy biorą udział w pełnej akcji walce o przetrwanie. Chcąc czegoś więcej, sięgnijcie po Posiadłość Szaleństwa, a Death May Die pozwólcie robić to, co umie najlepiej – zachwycać świetną kooperacją pełną niespodziewanych zwrotów akcji!

Podsumowanie

Cthulhu: Death May Die skradł moje serce. Nie to żebym się temu dziwiła czy mocno broniła, ale tak – Kocham ten tytuł. Za to, jak wszystko pięknie domyka się w całość, za regrywalność, za te wszystkie emocje nad stołem i wspólne decyzje, które mogą doprowadzić nas do szaleństwa, za figurki i wykonanie, ale przede wszystkim za to, że w końcu czuje ukochany świat Lovecrafta takim, jakim jest naprawdę. Bo to przecież nigdy nie było tak, że niczego nieświadomi wkroczyliśmy do tego mroku. My wiemy, widzieliśmy i mamy swoje paranoje. Cienka granica między tym, co jest naprawdę, a co nam się tylko wydaje. A może my już dawno nie żyjemy? Bo przecież tak łatwo idzie nam kroczenie drogą ku szaleństwie…

Death May Die to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów tego klimatu, ale również osób, który wymagają od samej rozgrywki, aby nie była tylko losowym rzucaniem kośćmi i bieganiem za wrogiem. Tutaj musicie stworzyć strategie i to jedną z lepszych. W innym wypadku dopadną Was kultyści albo inne stwory, których imion wymówić nie potraficie. Szybka do nauczenia i regrywalna pozycja, o której mówić mogłabym godzinami.

,,Lecz czas minie kiedyś i
Przeszłość stanie u twych drzwi.” H.P. Lovecraft


Mocne strony:

  • regrywalność,
  • strategiczne decyzje do podjęcia,
  • system poczytalności,
  • wyczuwalne napięcie i emocje nad stołem,
  • łatwe zasady,
  • szybki set up,
  • wykonanie,
  • realny klimat Lovecrafta,

Słabe strony:

  • za mało miejsca na planszy,
  • mimo wszystko, odczuwalna losowość,

Przydatne linki:

Grę najtaniej kupisz tutaj

Link do strony wydawnictwa

Profil gry w serwisie Board Game Geek


Jeśli chcesz być na bieżąco i podoba Ci się nasz serwis, to zachęcamy do polubienia nas na facebooku.


Grę do recenzji przekazało wydawnictwo Portal Games. Bardzo dziękujemy!

Portal

1 thought on “Recenzja #365 Cthulhu: Death May Die”

Leave a Reply